Porażka 1:2 z PSG boli, bo momentami naprawdę pachniało niespodzianką. Ale jeśli odłożymy na bok wynik i emocje, z Salzburga możemy wyjechać z całkiem niezłym bagażem pozytywów. Oto pięć rzeczy, które zapamiętamy z tego wieczoru.

1. Młodzież daje radę!
Po udanym okresie przygotowawczym w wykonaniu naszych młodzików Unai Emery nie kombinował. Na PSG od pierwszej minuty wysłał dwóch młodych zawodników – George’a Hemmingsa i Briana Madjo. I obaj pokazali, że nie zamierzają być wyłącznie ciekawostką w szerokiej kadrze.
Hemmings wyglądał dojrzale, odważnie i bez kompleksów. Madjo zrobił jeszcze większe zamieszanie. A z ławki pojawił się również Alysson, choć jego wejście było zdecydowanie mniej efektowne. Mimo wszystko sam fakt, że Emery coraz śmielej sięga po młodych, może tylko cieszyć.
2. Madjo daje radę!
No dobra, ale o Madjo trzeba napisać osobno. 17-letni napastnik, sprowadzony z Metz zimą za około 10 milionów funtów, właśnie zadebiutował w wielkim finale przeciwko mistrzom Europy. I zamiast oglądać wielkie nazwiska z PSG, sam postanowił zostać jednym z bohaterów wieczoru.
Świetnie pracował bez piłki, szukał wolnych przestrzeni, wchodził w pojedynki z obrońcami i – co najważniejsze – regularnie znajdował sobie sytuacje. Nie wyglądał jak dzieciak, który przypadkiem znalazł się na boisku. Wręcz przeciwnie: wyglądał jak napastnik, który uważa, że należy mu się miejsce przy tym stole. A kiedy w końcu dostał swoją szansę, wykończył ją jak rasowy snajper.
I przypomnijmy: ten chłopak ma 17 lat. Siedemnaście.
3. Tak jak myśleliśmy – bardziej boli brak Tielemansa
W pewnych momentach tego meczu łapaliśmy się na tym, że czekamy, aż piłka wreszcie trafi pod nogi Youriego Tielemansa. Problem w tym, że Belg kopie teraz piłkę dla Manchesteru United.
Nie chodziło nawet o spektakularne zagrania, ale o kontrolę tempa, spokój i umiejętność znalezienia rozwiązania tam, gdzie inni widzą tylko piłkarzy rywali.
Brak Morgana Rogersa był natomiast mniej widoczny. Odpowiedzialność za kreowanie akcji rozłożyła się na kilku zawodników. A jeden z nich szczególnie chętnie brał ją na siebie.
4. Kreator Buendia
Argentyńczyk był osią tego zespołu. Kiedy przyspieszał, brał piłkę pod nogę i uruchamiał technikę, nawet zawodnicy PSG mieli problem, żeby go zatrzymać. Momentami jedynym rozwiązaniem było sfaulowanie Buendii. I właśnie tutaj zaczyna się kolejna historia tego meczu…
5. W piłce więksi mają łatwiej
Sędziowanie nie było fatalne. Nie było też tak, żeby po ostatnim gwizdku wołać o pomstę do nieba. Ale trudno było pozbyć się wrażenia, że Omar Artan pozwalał Paryżanom na odrobinę więcej, a Aston Villę kontrolował znacznie dokładniej.
Wściekał się Buendia. Wściekał się McGinn. Nasz kapitan dostał za to żółtą kartkę. A kolejne faule na Argentyńczyku momentami wyglądały tak, jakby sędzia uznawał, że skoro Buendia jeszcze stoi, to wszystko jest w porządku.
Ale może to tylko perspektywa kibica. A skoro przy tym jesteśmy…
BONUS: Lamare Bogarde to parodysta
Nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.
Pierwszy kontakt z piłką? Podanie prosto pod nogi Kvaratskhelii. Chwilę później koledzy z zespołu najwyraźniej uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie zabawa w dziadka – z jednym prostym założeniem: omijamy Bogarde.
Nie wiem, co bardziej mnie rozbawiło: jego wejście czy fakt, że Villa przez kilka kolejnych akcji konsekwentnie budowała grę tak, żeby tylko przypadkiem nie dać mu piłki.